| << | Luty 2010 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
Księga gości
|
|
|
2008-10-27
Po egzaminie
|
Zdałem egzamin sędziowski - tą radosną nowiną rozpocznę mój kolejny wpis. Pojechałem do siedziby Sądu Apelacyjnego, ubrałem się ładnie w garnitur, pociągnąłem pożądny łyk whisky, co bym się nie denerwował zanatto i pojechałem na egzamin. A potem to już z górki, stolik jeden, drugi, trzeci, kanapeczka, łyk wody, kolejne stoliki, pobabuliłem, co wiedziałem to powiedziałem, a czego nie wiedziałem to na szczęście nie wylosowałem i poszło.
Otrzymałem bardzo ładny dyplom, taki, że ja na praktykach to nawet ładniejsze wyroki drukowałem. Nawet łaskawiec wypisujący te dyplomy nie pofatygował się, żeby na każdym indywidualnie wpisać Pan lub Pani, tylko hurtem było napisane Pan/Pani. Pieczęć (nawet nie odciskana, tylko zwykła tuszowa) i spierdalajta Państwo do domu, w castoramie prcować lub w lidlu przy wykładaniu pasztetów na półki z możliwością awansu do działu świeżych owoców.
Nie pisałem długo, fakt - przyznaję się, ale trudno cokolwiek pisać, kiedy się leży pod stołem zamroczony alkoholem. W końcu egzamin trzeba było odpowiednio uczcić, a że alkoholik ze mnie wyniszczony stafem, metką, nootropilem i innymi świństwami to wystarczyła szklaneczkach wódy na myszach, żebym... zresztą... każdym razie miało to związek z czynnościami organizmu polegającymi na wydalaniu.
Refleksja?... Wszystko, ale jutro, teraz muszę w końcu coś zjeść. |
|
Komentarzy:
31
|
|
2008-09-06
EGZAMIN
|
Witam Panie i Panów Aplikantów po części pisemnej egzaminu.
Postanowiłem wpisać tą notkę, bo widzę, że pod ostatnią pojawiają się komentarze dotyczące egzaminu.
Jak było?
Fajnie. Sprawy łatwiejsze i trudniejsze, piękne kobiety w reprezentacyjnych strojach, mężczyźni w garniturach. Zabrakło kanapek, najlepiej takich trójkątnych, w plastikowych opakowaniach. Można było pomyśleć wcześniej i wpłacić po 5 zeta na taką przekąskę. Ktoś napisał, że nie można było wnosić batonów - i słusznie, a gdyby ktoś w tym batonie ściągę z sentencjami wniósł, hę???
Pozdrawiam, więcej napiszę później, bo teraz śmiać mi się jeszcze chce po tym egzaminie :) |
|
Komentarzy:
40
|
|
2008-08-18
Orzecznictwo
|
Cóż... piszę dzisiaj, w poniedziałek, 18 sierpnia, tuż przed egzaminem, do którego prawie nie jestem przygotowany. Piszę, ponieważ irytuje mnie Sąd Najwyższy, spersonalizowane jego oblicze w postaci bandy dziadków o facjacie przypominającej orzech włoski i wydawane przez nich orzeczenia. Zdaję sobie sprawę, że Ci ludzie już są w wieku, że mieszkają sami, ich dzieci wyprowadziły się z domu, zkaładając własne rodziny. Pewnie nie interesuje ich rynek nieruchomości w Chinach, a zatem ne mają potrzeby wstawania w środku nocy, celem obserwowania pierwszych wyników giełdy w Szanghaju, zaraz po jej otwarciu. Podsumowując, Ci szacowni i wzbudzający w społeczeństwie powszechny zachwyt Sędziowie (przez duże S) nudzą się, ogarnia ich zapewne spleen. Czy jednak jest to powód, żeby nudę tą zabijać dywagacjami na temat kolejnych interpretacji poszczególnych przepisów prawa? Czy jeżeli przepis brzmi "Dom jest biały" to Ci przewspaniali ludzie muszą w swoim domku, podczas nudnych wieczorów dochodzić do odmiennych wniosków? Typowy przykład orzeczenia SN.
Art. 10000. Dom jest biały.
Sentencja:
Dom jest zielony.
Uzasadnienie:
Istotnie, być może elewacja domu jest biała, ale... Wiadomo, że żyjemy wsród zieleni, otaczają nas drzewa i łąki, a zatem ta wszechobecna zieleń nie może pozostawać obojętna na odczucia wzrokowe ludzi. Nie wydaje się możliwe, że w świecie, gdzie istnieje tyle zieleni może być coś kategorycznie białego. Na pewno promienie słoneczne padające na liście odbijają się, padając m.in. na elewację domów, czyniąc je chociaż w znikomym stopniu zielonymi, a co najmniej seledynowymi. Zatem, jeżeli coś jest chociażby w 1 promilu zielone, chciaż obiektywnie jest innego koloru, to należy uznać ten obiek za zielony, gdyż ten 1 promil zieloności trwale zmienia substancję koloru białego.
Jednocześnie należy odrzucić pogląd, jakoby biały dom stawał się błękitny ze względu na to, że biała elewacja przyjmuje odcień nieba, gdyż wzrok ludzki nie jest doskonały i czasem dochodzi do subiektywnych pomyłek w odbiorze kolorów.
Zatem dom biały jest w rzeczywistości zielony, a nie biały, ani błękitny.
...no żesz kurwa mać. Panie i Panowie z SN, kupcie sobie wycieczkę do Włoch, do Grecji, czy nawet na safari do Kenii. W zime jedźcie na narty we włoskie Dolomity. Życie jest piękne i trujcie ludziom dupy bzdurnymi wywodami tylko dlatego, że nudzicie się w domu. |
|
Komentarzy:
24
|
|
2008-07-02
|
Ktoś napisał w komentarzu, że nic nie piszę na blogu, bo robię kazusy... Miał rację, he, he. Jadę z tym koksem. Od początku czerwca moje dni wyglądają monotonnie. Z rana działka stafu na rozbudzenie i zaczynam od kazusów z 2006 r. Po kilku godzinach czytam ustawę, łykam nootropil, bo staf już przestaje działać i jadę dalej z kazusami 2007. Po tej lekturze przychodzi czas na relaks. Włączam sobie neta i oglądam trochę porno – gay anal, deep throat, spanking i caning (dzięki Panie za strony z darmowymi filmami flash). Co lepsze ściągam sobie na dysk i konwertuje je do formatu avi, co by dla potomności zostały. Niestety ta rozrywka mnie tak pochłania, że już jestem do tyłu z zaplanowanym materiałem. Zatem jadę dalej, ustawa, kazusy, coś z orzecznictwa doczytam, znów ustawa. Przez tą naukę cherlawy się robię, za wyjątkiem ręki, która przy oglądaniu porno pracuje, więc pod wieczór łykam cztery tabletki metki, bo to sposób dla mojej sylwetki. To już nie muszę wychodzić na dwór, zamiast tego włączam sobie jeszcze raz jakiś filmik. Późno w nocy jestem tak nabuzowany, że muszę łyknąć sobie relanium, i jedną hydroksyzynę 25 mg, co by lepiej działały razem. Zapijam jedną szklaneczką lodowej lub starogardzkiej i mogę zrelaksowany iść spać, by następnego dnia, skoro brzask, wstać i... tak do września... Co wyjdzie z egzaminu – nie wiadomo, bo etatu asystenta i tak nie wezmę. Jedno co wiem, to że z końcem egzaminów będę miał cały dysk filmów przyrodniczo – naukowych. |
|
Komentarzy:
23
|
|
2007-10-25
ŻAL SERCU, ROZUM - ROZUMIE
|
Długo nie pisałem, ale nie będę tu wyjaśniał, dlaczego. Widać jestem niesympatycznym i niekoleżeńskim pornogrubasem. Nie pisałem tak długo, bo umarłem, przez jakiś czas nie żyłem, ale już czuję się znacznie lepiej. Dlaczego? To akurat mogę napisać. Czuję się już lepiej ponieważ znam już wyniki wyborów parlamentarnych. Czuję się lepiej widząc jak swoje dupska ruszają z taborecików władzy malutkie ludziki o olbrzymich kompleksach, którzy wyżywali się na mojej Ojczyźnie. Czuję się lepiej ponieważ ludzie o ryjach wykrzywionych złością, nienawiścią, pogardą i manią prześladowczą odchodzą od władzy. Poczuję się znacznie lepiej jak w przyszłości znikną oni w niebycie politycznych straconych ideii. Pewnie dziwicie się, dlaczego aplikant ostatniego roku aplikacji sądowej wypowiada się na tematy polityczne? Oczywiście, że wiem, że sędzia, a zatem i aplikant sędziowski powinien być apolityczny, nie może zabierać głosu, ani stawać po żadnej stronie politycznej sceny. Wiem, ale (a właściwie wielkie ALE)... ja nigdy nie zostanę sędzią. Wczoraj, po ogłoszeniu wyroku w sprawie konstytucyjności asesorów poczułem ulgę. Teraz stało się jasne, że powoli polski wymiar sprawiedliwości będzie zmierzał ku modelowi asystenckiemu, gdzie zawód sędziego, jako najwyższy zawód w państwie, będzie ukoronowaniem całej prawniczej kariery człowieka. Czy mi, jako aplikantowi sądowemu, któremu odsunęła się perspektywa bycia sędzią się to podoba? Tak, podoba mi się. Tłumaczę dlaczego. Na świecie jest kilka modeli wymiaru sprawiedliwości, wszystkie mają swoje wady i zalety (pamiętajmy, żeby plusy nie przysłoniły minusów) i wszystkie sobie jakoś dają radę. Wiadomo, że model jest mało istotny, ważne jest zaangażowanie ludzi w nim uczestniczących. Jeżeli jednak ktoś pokłada w zmianie modelu orzekania wiarę w powodzenie, w sukces, w poprawę jakości orzecznictwa, to dobrze. Każdy ma jakiś ołtarzyk, a dla zmieniających nasz system sądowy jest nim zmiana modelu. Może to i dobrze, bo czyż sędzią nie powinien być człowiek o olbrzymim doświadczeniu życiowym, potężnej wiedzy, a przede wszystkim budzący zaufanie? A czyż tych warunków nie spełnia najlepiej staruszek o twarzy pomarszczonej niczym orzech włoski, drżących rękach i sfatygowanym głosie? Oczywiście, że tak. Czy nie będzie najlepiej, gdy togę założy asystent dymany w imię zdobywania doświadczenia przez kilka lat przez sędziów całego wydziału, w którym pracuje, by po tak obwitym dymańsku zostać referendarzem trzaskającym nakazy lub postanowienia w księgach wieczystych lub w KRSie, a dopiero po całkowitym zlasowaniu mózgu od tych nakazów otrzyma upragnioną nominację? Pewnie, będzie on doświadczony życiowo i gotowy, w szczególności będzie gotowy, by po tylu latach bycia wykorzystywanym, samemu wykorzystywać i dymać młodych asystentów, aż wióry będą leciały. Zgadzam się z tym modelem, bo gwarantuje właśnie to doświadczenie, jednak w tym miejscu pojawia się kolejne ALE... ...niestety ta zmiana modelu odbędzie się beze mnie. Idąc dwa lata temu na aplikację sądową miałem plan, że na końcowy egzamin nauczę się najlepiej jak potrafię, przygotuję się ze wszystkiego, z czego będę mógł się przygotować i pójdę na egzamin otrzymując ocenę najlepszą na jaką mnie stać. Potem... liczyłem na los, że może będę jednak jednym z tych najlepszych, którzy otrzymają etat asesora. Jeżeli zaś byliby lepsi, trudno, pogodziłbym się z tym, wiedząc, że zrobiłem wszystko co w mojej mocy. Tak miało być, a jest jak jest... W obecnej sytuacji, jeżeli nowa ustawa będzie wskazywała model asystencki, nie mam zamiaru w nim uczestniczyć. Nie mam zamiaru, jako 27 letni człowiek, utonąć w sądzie jako asystent, czytaj jako murzyn pierdolony we wszystkie otwory przez sędziów i sekretarki w sądzie. Nie mam zamiaru pisać wszelkich uzasadnień, robienia całej kancelarii i może jeszcze wypisywania zwrotek lub chodzenia jako protokolant na wokandę, bo pani Basia z sekretariatu ma pilniejszą pracę, a asystent musi na wszystko się zgodzić, jeżeli pragnie w przyszłości zostać sędzią. Nie mam zamiaru nadstawiać mojego odbytu do wytężonej pracy polegającej na byciu dymanym, chociażby dlatego, że w kolejnych latach mojego życia moje zwieracze będą mi jeszcze potrzebne. Co z tego, jeżeli w wieku 40 lat otrzymałbym nominację sędziowską, skoro nie mógłbym utrzymać rodziny, nie mógłbym zapewnić dziecku dobrej szkoły, a nawet nie mógłbym utrzymać własnych nieczystości z powodu rozjechanych do granic możliwości zwieraczy. Czy mi żal? Oczywiście, że mi żal, bo chciałem być sędzią. Wybrałem aplikację sądową, bo chciałem pewnego dnia usiąść w todze z fioletowym śliniakiem i orzekać w sprawach w imieniu Rzeczypospolitej. Żal mi, ale żal mi w sposób, w jaki żal mi samotnej wyprawy po pustyniach Kazachstanu, Uzbekistanu i łąkach Mongolii, by w końcu po miesiącach wędrówki zobaczyć chiński mur. Romantyczna przygoda z przyrodą i azjatyckimi ludźmi zainspirowana fantastycznymi książkami drogi a la Tolkien, Piekara, Sapkowski, Dębski – oczywiście, ale w praktyce, w moim przypadku, niemożliwa do spełnienia. Tak samo, jak tej samotnej podróży, będzie mi żal zawodu sędziego, którego z największym możliwym prawdopodobieństwem nie wykonam, a chciałbym. Jednak, czy można dążyć do wszystkiego za wszelką cenę? Oczywiście, że nie. Ja sobie poradzę, bo mam dużo pomysłów, co mogę w życiu robić, poradzę sobie, bo uważam siebie za człowieka zaradnego, który może zarobić na siebie i rodzinę zarówno jako prawnik, jak i spawacz. Poradzę sobie, tylko czasem, przejeżdżając obok budynku sądu łezka mi się w oku zakręci, że moje marzenia nie zostały zrealizowane, spocząwszy na ołtarzyku zmiany modelu wymiaru sprawiedliwości. Oby ta zmiana się powiodła i przyniosła skutki, za co będę szczerze trzymał kciuki. |
|
Komentarzy:
38
|
|
2007-02-01
TROCHĘ MORALNEGO PIERDZIELENIA
|
Niejaka koleżanka/kolega "a" napisała w komentarzu pod moją notką o spotkaniu z policjantem, że jestem krótko mówiąc BUCEM, nie dorastam innym aplikantom, bo nie wychwalam wymiaru sprawiedliwości pod niebiosa, bo nie uważam swoich patronów za bogów i mistrzów i nie używam słów "albowiem, azaliż" czy zwrotów "orzekł jak w części dysozytywnej", któych to zwrotów 50% o ile nie więcej społeczeństwa nie rozumie. Pozwolę sobie napisać zatem opowiadanie o Piotrusiu... albo lepiej o Wojtusiu.
Wojtuś od najmłodszych lat uczył się dobrze, interesował się historią, archeologią, astronomią. Świat wydawał mu się pełen zagadek, które są do rozwiązania i pełen pytań, na które warto szukać odpowiedzi. Gdy nadszedł czas wyboru co robić dalej po szkole podstawowej, jako ósmoklasista wiedział, że chce się uczyć w liceum i nie miał problemu z wyborem szkoły. To właśnie w liceum Wojtuś poznał swoich najlepszych przyjaciół, przeżył swoją pierwszą niespełnioną miłość i po raz pierwszy zakochał się ze wzajemnością. Poznawał świat, nadal interesował się wszytskim, choć już widział w sobie humanistę, osobę otwartą na nowe idee, poglądy, dlatego mimochodem zrezygnował z nauki matematyki i fizyki, poświęcając się bez reszty przedmiotom, które go interesowały oraz wykorzystując maksymalnie dużo czasu na spotkania, zabawę i imprezy. Gdy nadszedł czas wyboru studiów, pojawił się w jego życiu pierwszy poważny problem - co robić, co wybrać. Brał pod uwagę wszystko - to, że będzie mógł się realizować, może pomagać innym ludziom. Szukał czegoś, co spełniałoby jego ideały, co pozwalałoby mu rozwinąć skrzydła. Wybrał... Na pierwszym roku prawa uczył się ogólnych podstaw prawa, elementarnych zasad, które pozwoliły człowiekowi zbudować system prawny. Dowiedział się, że prawo stworzono po to, by rozwiązywać problemy, konflikty międzyludzkie, usłyszał i przeczytał, że prawo ustanowiono dla człowieka, a nie dla samej sztuki prawa. Potem dochodziły kolejne gałęzie - prawo karne, cywilne i inne. Wojtuś czytając opracowania profesorów i w ramach praktyk odwiedzając sąd, wiedział już co chce robić. Bo na tym etapie jego życia zawód sędziego wydawał mu się pięktny. To przecież Sąd widząc podsądnego z jego problemem, może mu pomóc, może istniejące przepisy tak wykorzystać, żeby było na tym świecie jak najlepiej. Nie zastanawiał się nad wyborem dalszej drogi po studiach - mógł iść pracować do kancelarii doracy podatkowego za całkiem niezłe pieniądze, mógł nawet zostać reporterem w jednej z gazet, bo umiał pisać i będąc kiedyś na praktyce w gazecie, jego styl spodobał się redaktorowi. Nie chciał, chciał zostać sędzią, bo wierzył w pewne ideały, wierzył, że może robić coś dobrego, bo w końcu "ius est ars boni et euqi". Wojtuś dostał się na aplikację i tu... życie pierdolnęło go łep tak, że aż się w środku chlusnęło. Traktowany instrumentalnie wkurwiał się na patronów (z jednym wyjątkiem, który dużo go nauczył i pozwolił na ten jeden miesiąc odzyskać trochę wiary w to, do czego dąży). W wydziałach karnych zobaczył, że oskarżony się nie liczy, że pokrzywdzony się nie liczy, że kurwa, wszystko, czego się uczył, okazało się jednym wielkim gównem. Dowiedział się, że liczy się tylko magiczne "żeby mi nie uchylili". Zobaczył, że cały wymiar sprawiedliwości funkcjonuje w oparciu o zasadę "orzeknij po myśli składu odwoławczego". To nie on okazał się pozbawiony ideałów, zobaczył, że tam, gdzie tych się ideałów się spodziewał zobaczył pustkę. Teraz na rok i parę miesięcy rzed egzaminem sędziowskim nie wie, co chce robić. Zostało mu trochę z chęci bycia sedzią, nadal widzi, że można nie pracować tak jak pozostali, można zamiast "rok na trzy w zawiasach" stosować jakieś wymyślne konstrukcje kar i środków karnych, w sprawach cywilnych też można się wykazać budując sentencję orzeczenia. Z drugiej jednak strony nie chcę pchać się do tego bagna, ale szkoda mu rezygnować po tylu latach nauki... Wojtuś poczeka, zda egzamin i zobaczy, czy zostanie w sądzie, czy zrezygnuje. Wybór byłby prostrzy, o wiele prostrzy, gdyby nie tyle lat straconych na naukę prawa i aplikowanie w sądzie... |
|
Komentarzy:
154
|
|
2007-01-31
JAZDA
|
Pewnego pięknego, zimowego dnia jechałem sobie trasą krajową w stronę Łodzi. Nie jechałem tam bynajmniej dla przyjemności, ale żeby moje pozaaplikanckie dupsko mogło od czasu do czasu kupić sobie bilet do kina lub zjeść jedną pizzę. O zapraszaniu kogokolwiek celem kupienia mu drugiego biletu lub pizzy oczywiście mowy być nie może. Tak więc jadę sobie, zimowe, styczniowe słoneczko przypieka, z papierowych głośniczków samochodowych sączy się muzyczka. Do pełnego obrazu prawdziwrgo buca brakuje tylko fajki w ryju i przepoconej koszuli. Jadę sobie zatem, co bardziej opieszałych kierowców wyprzedzam, łykam na prostej, na zakazach, na zakrętach, oby tylko drogę było widać. Bo oczywiście znaki na polkich drogach są jak z dupy wyjęte i sterczą, przyciągając wszelkiej maści służby, które mogą wlepiać mandaty. No i stało się to co w końcu musiało się stać - droga prosta, pusta, z poboczami, ze świeżutkim asfaltowym dywanikiem i przy takiej właśnie drodze stoi sobie niczym chuj na wietrze znak ograniczający dopuszczalną prędkość do 70 km/h. Oczywiście ja, jako że przed zmierzchem chciałem wrócić do domu, jechałem trochę szybciej, zadowolony, z uśmiechem pedofila, gdy nagle zza krzaków wyskakuje pies z lizakiem, każąc mi się zatrzymać. Rozmowa wiadomo - Panie kolego, sruty pierduty, za szyko, wykroczenie, nie ładnie tak, a gdyby w przyszłości była tu szkoła, a pana dziecko.... Myślę sobie, kurwa - zaczyna tak słodko pierdzieć, znaczy pewnie będzie chciał w łapę. Nie powiem, że jestem aplikantem, bo jeszcze mi dopierdoli taki mandat, że się przez kilka miesięcy będę zgięty chodził, więc lepiej słodko popierdzieć i dać mu te 50 zł, niech idzie wieczorem na dziwkę do pobliskiego przybytku roskoszy i kupi sobie ręczną robotę, bo 50 pewnie na nic więcej nie wystarczy. Mówię zatem z uśmiechem na ryju, że aż szczęka boli, że przepraszam, taka ładna pogoda, zamyśliłem się trochę nad życiem, a w ogóle to PAN ma taką zajebistą pracę, że sam myślę, czy by nie wstąpić w szeregi policji (i tu nie skłamałem, bo na ostatnim roku studiów myślałem, czy by nie iść do policji, ale jak się dowiedziałem, że i tak bym musiał przejść okres bycia krawężnikiem, a nie od razu inspektorem Zawadą to zrezygnowałem - a nie wiem czy nie byłoby to lepsze rozwiązanie niż bycie aplikantem z marną szansą na zostanie sędzią pierwszego stopnia, o ile ten projekt ustawy zostanie uchwalony). Nieważne, w każdym razie nawijam i nawijam, policjant się uśmiecha, bo widzi, że nie będzie miał ze mną problemu i kilka złotych dostanie. Stanęło więc na 30 zł., bo co prawda nie powiedziałem, że jestem aplikantem, ale jak się pochwaliłem ile na tych moich zleceniach zarabiam, to aż policjanowi żal się zrobiło i zszedł z początkowej stawki 50 zł. Do tej pory wszystko normalnie, jak to zwykle podczas kontroli. Nauczony wcześniejszym doświadczeniem w tej kwestii wyciągam z portwela rzeczone 30 zł i podaję sympatycznemu rozmówcy. I tu niespodzianka... -- Nie nie - mówi policjant - prosze to zchować, ja nie biorę w łapę, to przestępstwo. -- Aaau, yheee, uuua - nie wiedziałem co z siebie wydusić, bo jakby mnie ktoś walnął pałą po nerach. Co do chuja pana się teraz dzieje. Zaraz jeszcze się okaże, że baran to nagrywał i oskarży mnie o próbę przekupstwa. -- Pan zgupił 30 zł - mówi policjant, widząc że minę mam nie tęgą i nie wiem o co biega - panu spadło na wycieraczkę 30 zł. Och kurwa, gagatku, więc taki z ciebie numer - w łapę nie bierzesz, ale jak ktoś zgubi w radiowozie i sobie już pojedzie to przecież nie będziesz go gonił, żeby mu oddać. -- Pan to jednak jest - rzekłem zadowolony - ma Pan rację spadło mi 30 zł pod siedzenie i nie moge teraz sięgnąć. Już sobie pojadę, do widzenia i jakby Pan podczas sprzątania znalazł moje pieniądze to proszę sie nie fatygować. -- Do widzenia i szerokiej drogi - odparł na to równie zadowolony ze spotkania stróż prawa. Wsiadłem do samochodu i pojechałem sobie z portfelem lżejszym o 30 zł, rozmyślając podczas dalszej drogi, jaki to kurwa ten świat staje się cyniczny i obłudny.
POST SCRIPTUM
Rano obudziłem się z bólem głowy. Na podłodze leżały puste butelki po wódce, obok na łóżku spał kolega - aplikant radcowski, a pomiędzy nami piętrzył się stosił omawianych w nocy projektów zmian niektórych ustaw. Nie papmiętałem co mi się śniło, ale sen był straszny i na samą myśl o nocnych, pijackich koszmarach zrobiło mi się niedobrze. Wstałem i poszedłem do kuchni znaleźć coś do picia... |
|
Komentarzy:
44
|
|
2007-01-22
|
Jutro napiszę co mi się przytrafiło kilka dni temu - stanąłem u progu IV RP - prawo i sprawiedliwość, prawość i ordung. Normalnie wgięło mnie w ziemię, myślałem, że znalazłem się w skeczu Monty Pythona lub na planie jakiegoś nowego filmu Stanisława Barei. Dzisiaj jednak jestem zajęty. Na jutro w trybie pilnym i na poduszkach muszę dostarczyć uzasadnienie i musze się postarać, żeby to uzasadnienie było na prawde dobre, ponieważ ostatnio podpadłem trochę mojemu patronowi. Na szczęście od lutego idę do innego wydziału, do Pani sędzi, która jest kulturalna, sympatyczna i rozwiązuje z aplikantami razem trudne przypadki. Tak więc czeka mnie raj przez 2 miesiące - już zacieram ręce - może nawet odzyskam część motywcji do aplikowania w tym chorym sądzie. Tymczasem piszę... piszę i wkurwiam się, bo jakie uzasadnienie sędzia da aplikantowi? Oczywiście takie, w którym jest najwięcej kosztów do policzenia i jakichś zjebanych współwłasności do rozwiązania. Normalnie siedzę przed kompem z miską na podłodze, czekając tylko jak treści mojego żołądka zechcą być jak najdalej od głowy, która musi takie bzdury rozwiązywać. Pocieszam się tylko tym, że jeszcze tylko JEDEN RAZ - jutro - będę musiał oglądać ten plebejski ryj i do widzenia, gud baj, ałwiderzejn i bon żur czy don do widzenia - jakkolwiek to jest w tym języku. Lecę pisać! |
|
Komentarzy:
50
|
|
2007-01-16
POEZJA APLIKANTA
|
Otwieram sobie mój blog, jak by nie patrzeć słaby, bo szablon wybrany z proponowanych przez portal, bez żadnych obrazków, zdjęć, fotosów. Ale też, co ja kurna mam tu umieszczać - zdjęcia młodych ludzi z zadziergniętymi żyłami? Nieważne, w każdym razie patrzę sobie, a tu multum wpisów. Mówię - nie mój blog, ale po dokładniejszych oględzinach adresu - patrzę - jednak mój :)
No cóż, cieszę się, że toczy się tu poważna dyskusja na tematy nazwijmy to okołoprawne. I specjalnie dla wszystkich dyskutującyh ułożyłem wierszyk, a co tam. Szarpnąłem się na taki gest - w końcu nic mnie to nie kosztuje, a wdzięczność sobie zaskarbię - taki drobny cynizm pozaetata :)
Siedzę na wykładzie w sądzie A mógłbym być na innym lądzie Bym się uczciwą pracą zajmował Kasiorkę zarobioną na koncie chował. A tak siedzę tu za darmo I przyszłość swą widzę marną Bo i tak sędzią nie zostanę Co najwyżej dostanę naganę Że uzasadnień piszę za mało Jakby to cokolwiek dało. Więc siedzę tu sobie smutny Że dla mnie los jest okrutny Że nie wybrałem zawodu murarza! Wtedy większa byłaby moja gaża.
No dobra - nie wymyśliłem tego specjalnie dla Was, lecz na nudnych zajęciach, ale skoro już wymyśliłem to po co ma się poezja (he, he, he) marnować i pomyslałem, że dla Was zadedykuję. Swoją drogą miałem wykłady z osobą, która chyba doktorat z nudzenia pisała. Temat był ciekawy, wystarczyła godzina przygotowań do zajęć, żeby zająć słuchaczy, ale nie kurwa, bo po co. Sędzia widać miała tyle pracy, że nie chciało jej się chwilę pomyśleć... ech .... |
|
Komentarzy:
63
|
|
2007-01-13
SZUKANIE PRACY
|
Pozaetatowy aplikant sądowy obudził się po krótkiej drzemce z nerwowym kłuciem w sercu. Ocknął się z myślą kołatającą się po głowie, że w nocy przygotował może za mało listów motywacyjnych i CV. "Kurwa - w końcu musze dostać gdzieś pracę" - błysnęło w najgłębszych zakamarkach jego umysłu. Aplikant omiótł bystrym wzrokiem swój pokój, a stan poddenerwowania minął dopiero, gdy zobaczył na biurku pyszniącą się legitymację POZAETATOWEGO aplikanta sądowego. Uff - sapnął wyraźnie uspokojony. Po chwili Tomasz, bo tak miał na imię ten nieszczęsnik, który od kilku tygodni bezskutecznie szuka pracy na 1/2 etatu, którą będzie mógł pogodzić z zajęciami na aplikacji, spojrzał na zegarek. "O w mordę jeża" syknął i szybko poderwał się, pędząc do łazienki, gdzie obmył swe wątłe ciało, wbił się w ubranie i umył błyskawicznie zęby. Była już godzina 6.30, a musiał jeszcze napisać postanowienie, zanieść je do sądu i przeprosić sędziego, czy będzie mógł się oddalić, gdyż ponieważ albowiem ma rozmowę, interwiu w sprawie pracy. [...] Oblicze sędziego wydawało się nieprzejednane, a aplikant stojący grzecznie pod drzwiami czekał tylko na wyrok w jego sprawie. -- Panie aplikancie - przemówił rozbawiony sędzia - wie pan, w zasadzie to pan trochę błądzi, szukając pracy. Powinien Pan swój czas poświećić na pozaetatową pracę w sądzie. -- Ale, ale... -- Tak, tak, ja wiem, że prawdopodobnie istnienie asesury jest przesądzone, ale przecież może Pan liczyć na etat ASYSTENTA w sądzie. Prosze Pana, to taka dobra praca, będzie Pan pisał uzasadnienia i projekty orzeczeń dla sędziów - przecież to takie fascynujące. A po kilku latach - kto wie, może Prezes uzna, że nadszedł już czas i założy Pan w końcu łańcuch... -- Tak, Panie Sędzio, ja rozumiem wszystko, ale mimo to chciałbym spróbować dostać tą pracę, zależy mi na chociaż jakimś drobnym wynagrodzeniu - odparł nieśmiało aplikat. -- No cóż - nutę rozbawienia w głosie patrona zastąpiło niezrozumienie i obojętność - niech Pan idzie, ale Pan weźmie te akta i napisze projekt uzasadnienia, bo ja mam dużo pracy na dzisiaj i nie zdążę tego zrobić - powiedział sędzia i wrócił do czytania dodatku motoryzacyjnego do gazetki. -- Dziękuję Panie Sędzio i przepraszam za kłopot, do widzenia - wydusił z siebie aplikant i wymknął się z gabinetu, pędząc szybko na rozmowę z pracodawcą, na którą był już spóźniony. Po pięciu minutach Tomasz był już u progu kancelarii, w której był umówiony na rozmowę kwalifikacyjną. -- Dzień dobry Panu, byłem umówiony na rozowę w sprawie pracy - powiedział pewnym i zdecydowanym głosem, żeby od początku wywrzeć jak najlesze wrażenie. -- Tak... dzień dobry, Pan siądzie. Cieszę się, że Pan przysłał swoje CV, właśnie takiej osoby szukałem - sapnął wyraźnie znudzony mecenas - mam dla Pana propozycję. Zawieramy, najlepiej od jutra, umowę na 1/2 etatu, ale nie ukrywam, że będę Pana chciał widzieć w pracy częściej, również w soboty. -- Oczywiście Panie mecenasie - odparł aplikant, a w myślach pomyślał "chuj ci w oko, bo w dupę to pewnie dla ciebie przyjemność". -- Na razię proponuję Panu zatrudnienie za 200 zł miesięcznie, ale jak się Pan sprawdzi to po 3 miesiącach pomyślimy o podniesieniu wynagrodzeniu... Żesz chyba nie srałeś dzisiaj, że takie androny mnie tu pierdolisz - pomyślał wyraźnie wkurwiony już przebiegiem rozmowy Tomasz. -- Ponadto nie ukrywam, że chciałbym, żeby Pan brał akta do opiniowania również do domu, bo domyślam, się, że Pan jako, he he he, aplikant sądowy przygotowany jest do ciężkiej pracy. Tak też dziękuję, do jutra czekam na decyzję, czy Pan przyjmuje propozycję. Do widzenia. -- Dziękuję. Do widzenia - odpowiedział jeszcze w miarę grzecznie pozaetatowy aplikant. Czerwony na twarzy i szarpany przez wszystkie wiązki nerwów Tomasz udał się wprost do apteki po jakiś środek uspakajający. I tylko jedna myśl kołatała się mu po głowie, jak nazywał się jego kolega, który po 6 klasie podstawówki poszedł do OHP, z którego tak się śmiał, że nic nie osiągnie, a teraz pracuje jako operator walca na budowie autostrady za 6.000 zł netto...
|
|
Komentarzy:
72
|
|